W obliczu pokus

„Duch wyprowadził Jezusa na pustynię. Czterdzieści dni przebył na pustyni, kuszony przez szatana”.

Każdy z nas przed największym trudem starałby się odpocząć, żeby nabrać sił. Wielu z nas, wiedząc o tym, że czeka go ciężkie zadanie i nieuniknione cierpienie starałby się przytępić używkami lęk. Wielu z nas jednoczyłoby się z najbliższymi sobie ludźmi, by nasłuchać się słów wsparcia i otuchy. Chcielibyśmy „nażyć” się na zapas… Jezus postąpił zupełnie inaczej. Wiedział, że podczas wypełniania Jego misji będzie narażony na niezrozumienie, wyśmianie, w końcu wyszydzenie, poniżenie i bolesną śmierć. Być może szatan podpowiadałby Mu, że trzeba zrezygnować, poddać się, uciec. Dlatego Jezus wyszedł szatanowi naprzeciw, osłabił swoje ciało postem, odsunął się od rodziny i przyjaciół. Zrezygnował z wielu radości, ZANIM Mu je odebrano.

Dlaczego? Bo nie siły Mu były potrzebne do przetrwania Jego zbawczej misji.

Nic ludzkiego nie byłoby w stanie przygotować Go do odrzucenia, upokorzenia, bólu, publicznego konania. Nic ludzkiego nie odwróciłoby Jego myśli od lęku przed związaniem, torturami, wyśmiewaniem, katowaniem…

Do tego, by nas zbawić niezbędna Mu była wytrwałość w znoszeniu cierpienia w obliczu pokus samego szatana. I niezbędna Mu była pociecha od samego Boga Najwyższego.

Samotny, na pustyni, zaprawiał się w odrzucaniu szatańskich pokus, a pogłębiał jednocześnie całkowite zatracanie się w Bogu. Jezus ćwiczył umieranie, by w najtrudniejszej chwili, być tak mocnym w wierze, by z miłością oddać swoje życie za nas.

Być może Jezus obawiał się swoich ludzkich słabości, ale tak bardzo pragnął naszego zbawienia, że przygotował swoje ciało, umysł i serce na całkowite wypełnienie woli Ojca, aż po niewyobrażalne cierpienie. Przygotował się, by w chwili zwątpienia na pewno się nie poddać… I dzięki temu rozpoczął wykonanie swojej życiowej misji silny Bogiem. Uodporniony na zakusy szatana.