Zmartwychwstanie duchowe

„A gdy schodzili z góry, przykazał im, aby nikomu nie rozpowiadali o tym, co widzieli, zanim Syn Człowieczy nie powstanie z martwych. Zachowali to polecenie, rozprawiając tylko między sobą, co znaczy powstać z martwych.”

Czasem wydaje mi się, że otaczają mnie martwi ludzie – letni w wierze, letni w życiu, zobojętniali…

edynymi bodźcami sprawiającymi, że budzi się w nich życie są zapiekłe żale, hedonistyczne pragnienia, chwilowe namiętności (cudze lub ich własne). Oni wszyscy pragną żyć – pełnią życia, lecz bez Boga.

Czasem, gdy sama oddalam się od Boga, też czuję się martwa, bo czy w przestrzeni pozbawionej wiary może być prawdziwe życie? Czy radość może być beztroska, a spokój pozbawiony lęków? Czy cierpienie może mieć sens i nieść, oprócz łez, Chrystusowe ukojenie? I czy miłość może być wyzbyta z egoizmu?
Gdybym schodziła z Góry Tabor miałabym dylemat, czy dyskutować z Apostołami o zmartwychwstaniu fizycznym, po śmierci, czy duchowym – za życia?

Myślę, że zmartwychwstawać można wielokrotnie i obyśmy tej łaski pragnęli już za życia…