„A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień. I powtórnie nachyliwszy się pisał na ziemi. Kiedy to usłyszeli, wszyscy jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych, aż do ostatnich.”
Co takiego się stało, że rozgniewana rzesza ludzi odrzuciła kamienie i rozeszła się?
Czy te słowa mobilizujące do tego, by przyjrzeć się własnym czynom, miały tak ogromną moc, by wzbudzić w ludziach chęć autorefleksji? Nie. Wzburzony człowiek nie ma ochoty przyznawać się do swoich błędów. To nie sens pytania ocucił ludzi, ale to, przez Kogo ono zostało zadane.
Jezus tym pytaniem dał ludziom przedsmak Sądu Ostatecznego – ludzie poczuli się tak, jak my wszyscy poczujemy się, kiedy po śmierci staniemy przed Bogiem i będziemy w prawdzie oglądać swoje grzechy.
To była ta chwila, kiedy opadła z nich ludzka buta, pycha i wieczne usprawiedliwianie się, na moment stali się umarli dla świata. To był ten czas, kiedy stanęli przed Bogiem i ujrzeli prawdę o sobie.
Dlatego odrzucili kamienie i rozeszli się, bo poczuli się jak Maria Magdalena – grzeszni, nadzy i pokorni wobec Boskiego osądu. Paradoksalnie – mieli mniej szczęścia niż cudzołożnica, bo przestraszyli się własnej grzeszności i odeszli od Jezusa. Stracili swoją największą szansę na odpuszczenie grzechów. Tylko ona jedna pozostała i usłyszała słowa, które odmieniły ją na zawsze: „I Ja ciebie nie potępiam. Idź, a od tej chwili już nie grzesz.”





