„Gdy lud oczekiwał z napięciem i wszyscy snuli domysły w swych sercach co do Jana, czy nie jest Mesjaszem, on tak przemówił do wszystkich: Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. On będzie was chrzcił Duchem Świętym i ogniem.”
Chrzest jest dla nas doniosłą uroczystością, którą wszyscy obchodzimy rodzinnie i hucznie. Zapraszamy najbliższych, wydajemy wystawny obiad, idziemy do fotografa.
Zapominamy jednak o tym, że Jezus przyszedł nas chrzcić nie tylko Duchem Świętym, ale również ogniem, byśmy w naszej wierze szlachetnieli, dojrzewali i nabierali kształtu.
Nikt z nas nie świętuje bólu, cierpienia, tragedii. A przecież… One też są chrztem. Są uzupełnieniem tej uroczystości, w której braliśmy udział jako noworodki. I tak jak wtedy byliśmy nieświadomi, bezbronni i powierzani Bożej opiece; tak i w przypadku rozmaitych dramatów jesteśmy tak samo malutcy i objęci Bożą troską.
Żelazo hartuje się w ogniu po to, by nie ugięło się przed orężem przeciwnika, a więc ręka, która wkłada nas do tego ognia pragnie naszej siły i odporności.
I absolutnie nie zapraszam nikogo do ucztowania pośrodku płynących łez, ale do zaufania. Ponieważ Bóg wie jaki czas i jaka temperatura są nam potrzebne do tego, byśmy stali się mocni w wierze.
Nie zapominajmy też o tym, że ręka, która nas hartuje, również czuje ból naszej przemiany, a mimo to trzyma nas wytrwale w ogniu. I nie puszcza, gdy robi się gorąco.





